Warszawa. Wrzesień w pełni. Trzydzieści stopni, powietrze gęste i lepkie od słońca. Jadę z punktu A do punktu B, w małym sklepie kupuję kawałek arbuza i jeżyny. Idę na przystanek autobusu 190.
Mijam panią, która próbuje mnie namówić do life sponsoringu. Grzecznie dziękuję i siadam na plastikowej ławce. Ona, zupełnie niewzruszona odmową, pochyla się nad kamiennym koszem w poszukiwaniu lepszych tytoniowych resztek.
Siedzę. Rozglądam się. Dawno mnie tu nie było.
Podchodzą dwaj nastolatkowie, głośni, roześmiani. Strzelają foliową torebką, huk przypomina kapiszony z dzieciństwa. Siedzą, strzelają, śmieją się. I znowu. I jeszcze raz. Zaskakuje mnie, że wcale mnie to nie drażni. Przeciwnie, jest w tym coś rozczulającego. Przypominają mi moje własne niewinne wygłupy z dzieciństwa.
Jest czternasta. Nie za wiele osób snuje się po ulicach.
Podchodzi pan. Dosyć nieokreślonego wieku. Wygląda na zmęczonego bardziej życiem niż dniem. Szczupły, w znoszonym garniturze, który dawno stracił pamięć o pralni.
Zatrzymuje się przy chłopcach i mówi spokojnie i powoli:
Panowie, dajcie spokój. Miałem ciężki dzień. Dajcie spokój z tym hałasem.
Zapada krótka cisza, po czym jeden z nich odpowiada z nieoczekiwaną uprzejmością:
To gratuluję… A co się stało?
Wypiłem sto piw to mam ciężki dzień, mówi mężczyzna.
Chłopcy uśmiechają się lekko.
Dziś wypił Pan sto piw?
Może nie dziś, ale dziś… wczoraj… przedwczoraj… Nawet nie wiem. Ale będzie jakoś tak. Więc panowie, ciężki dzień dzisiaj.
Chłopcy obiecali nie strzelać na torebce, Sympatyczny Pan Żul odszedł w sobie tylko wiadomym kierunku, równie powolnie i ostrożnie jak przyszedł.
Powietrze wisi ciężko. Autobus się spóźnia.
Nastolatkowie wracają do rozmowy o Sympatycznym Panu Żulu, a tymczasem po drugiej stronie ulicy ma miejsce inna historia. Inny Zapewne Równie Sympatyczny Pan pochyla się nad koszem. Celnie i bezwolnie wypadają z niego wspomnienia wczorajszego dnia.
Tam też ktoś miał ciężki dzień, rzuca jeden z chłopców. Śmieją się. Gromko, bez złośliwości. Trudno się nie uśmiechnąć.
W międzyczasie podjeżdża autobus.
To nasz… ale nie nasz, mówi jeden z nich. Ten jedzie na inna zajezdnię. My musimy na Znaną. Dzięki nim nie wsiadam.
Przewijam w głowie ostatnie 15 minut: Pani od Life Sponsoringu, Sympatyczny Pan Żul, dwaj Chłopcy z foliową torebką, autobus, który jedzie a jednak nie tam, gdzie trzeba, Inny Zapewne Równie Sympatyczny Pan, wszystko jak z filmu Jarmuscha czy Anderssona. A ja występuję jako statysta, zaskoczony swoja przypadkową obecnością.
Chłopcy, głośni, rozbawieni, ratują mnie przed pomyłką, przywołują wspomnienia i wypełniają czas rozmową, która była bardziej kulturalna, niż prawdopodobnie ta, do której ja byłabym zdolna. Ja, Mądry Dorosły Człowiek z wyćwiczonym odruchem irytacji i pewnością własnej nieomylności.
Całkiem dużo, jak na jedno, gorące, wrześniowe popołudnie.
